Jestem skonfundowany faktem, że z jednej strony mówi mi się, że synodalność jest konstytutywnym elementem Kościoła, a z drugiej, że jest tym, czego Bóg oczekuje od nas w tym stuleciu (jako nowości?). Jak Bóg miałby zapomnieć o tym, że Kościół ma żyć tym konstytutywnym elementem przez dwadzieścia wieków swojego istnienia? Czyż nie wyznajemy, że Kościół jest jeden, święty, katolicki i apostolski, zamierzając przez to powiedzieć także, że jest synodalny? Czuję nawet większą konfuzję i zmartwienie na widok sugestii, że wreszcie nadszedł dzień odwrócenia piramidy, czyli przezwyciężenia hierarchii przez ludzi świeckich. W Dokumencie Przygotowawczym od samego początku mówi się jasno, że Kościół synodalny jest niezbędny do przywrócenia demokracji.